Psycholog ogląda: Le Mirage (2015) (dramat-komedia)

Powiem szczerze – zanim rozpoczęłam studia psychologiczne, uwielbiałam wręcz filmy psychologiczne, dramaty psychologiczne, komedio-dramaty, thrillery-dramaty i wszystkie filmy, które wzbudzały we mnie tę melancholijną nutę i refleksję nad kiepskim stanem ludzkiej psychiki (wzdych).

E. Munch krzyk

Rozpoczęłam studia, skończyłam studia.

I muszę przyznać, że ta moja miłość przyblakła, żeby nie powiedzieć, że zniknęła, została zamieciona pod dywan. Męczą mnie filmy psychologiczne. Nie zrozumcie mnie źle, nie o to chodzi, że uważam, że są niewłaściwie produkowane, nie oddają głębi psychiki i tak dalej, i tak dalej. Absolutnie nie. Utraciłam potrzebę oglądania fabularnych odsłon ludzkich kryzysów, problemów, dramatów, mając kontakt z tą tematyką na co dzień. Takie filmy nie sprawiają, że odpoczywam, a seans filmowy jest dla mnie z reguły sposobem na relaks.

Dzisiaj jednak chciałabym powiedzieć parę słów na temat zwykłego-niezwykłego filmu „Le Mirage”. To kanadyjska (francuska) produkcja o mężczyźnie wiodącym pozornie idealne życie – trzydziestka na karku, piękna żona, dwójka dzieci, atrakcyjna praca. Jak się pewnie domyślacie, bohater okazuje się być niespełnionym życiowo, ratującym swoje mierne życie seksualne pornografią, mężczyzną, którego dzieci ignorują, bałaganią w domu (o Matko!), zaś żona porzuciła pracę ze względu na postawioną przez uwielbiającego „wypalenie zawodowe” psychiatry – to, jak sugeruje film, jego ulubiona i uniwersalna diagnoza. To taki obraz faceta w kryzysie, zaczynającego wątpić w sens wszystkiego, co go otacza, prowadzącego życie pełne konsumpcji, tkwiącego w martwym punkcie w nieszczęśliwym małżeństwie (żona poświęciła się w dwustu procentach wożeniu dzieci na balet, piłkę nożną i inne zajęcia dodatkowe), którego wartości upadają a najbliższe osoby stają się obce.
Można tu właściwie pogadać o wielu tematach – o kryzysach w związku, gdy pojawiają się dzieci. O kryzysie wieku średniego (tak obraz został opisany przez krytykę, mimo sprzeciwu produkcji). O oddalaniu się od siebie i zanikaniu bliskości i intymności. O egoizmie w związku. O zdradzie. O łatwości w stawianiu diagnoz i o tym, czy leki są rozwiązaniem na kryzys. O wychowywaniu dzieci, gdy w związku się nie układa. I tak dalej i tak dalej.

family-591579_1920

(O wypaleniu przeczytacie TU.)

Ot taki obraz, całkiem niezły (dałam 6 na 10 na Filmwebie, czyli „Nieźle”), właściwie dość życiowy. Film zupełnie zwyczajny, a jednak w niezwykły sposób pokazujący mechanizm prowadzący do zdrady, pogłębiania się kryzysu i rozpadu związku (zakładając obopólną „pracę” i oddalanie się od siebie).

Jest tutaj jedno ALE. Film, na wszystkich portalach filmowych, został opisany jako „komedia, dramat”. Ani razu się nie zaśmiałam. To że w sposób humorystyczny ukazano seksualne fantazje bohatera, pokazano biust sąsiadki (tak!!!) w jacuzzi w ciekawych okolicznościach, a w klubie dla swingersów miała miejsce wesoła sytuacja (tak przynajmniej przeczytałam w internecie, że to było wesołe), nie oznacza, że film staje się mniej gorzki. Wręcz przeciwnie. Sceny te, biorąc pod uwagę kontekst i kierunek filmu, w moim odczuciu, wcale nie dodają lekkości.

Wiem, że mam tendencję do dogłębnego analizowania filmów wzdłuż i wszerz i angażuję się w nie emocjonalnie, ale tego filmu nie nazwałabym komedią w żadnym momencie jego trwania. Niemniej jednak, polecam. Ten film to ostrzeżenie. To spojrzenie z innej perspektywy na to, co z zewnątrz wydaje się być oczywistością, a w środku – okazuje się być konsekwencją powolnego postępującego gnicia. I to jest właśnie ta niezwykłość, którą reżyserowi udało się uchwycić. A konkretnie, odnalazłam tu przesłanie, że kryzys, zdrada, rozstania, konflikty, nagłe uświadomienie sobie wielkiej przepaści pomiędzy dwiema osobami w związku – to konsekwencje długo i powoli postępującego procesu małych codziennych zaniedbań. Konsekwencje niedbania o siebie samego i drugą połówkę, zmęczenia, braku rozmowy, zabiegania o obopólne dobro, egoizmu kosztem drugiej osoby, braku słuchania i chęci słuchania, zainteresowania drugą osobą i jej potrzebami. To także film o lęku przed konfrontacją z własnym niezadowoleniem, z tym, co się nam nie podoba i czego nie chcemy w życiu. Do tego stopnia, że doprowadza to do wykrzyczenia, że „Nie chcę, żeby dzieci dorosły i wyszły z domu, bo nie chcę i boję się z tobą zostać sama”.

sunset-1207326_1280

To taki zwykły niezwykły film. Film, który wzbudza refleksję i motywację do popracowania nad sobą pokazując potencjalne konsekwencje, jakie mogą czaić się na horyzoncie.

Polecam.

A tu piątkowa czekolada dla Państwa na poprawę nastroju. Jeszcze nieobrobiona 🙂

cocoa-beans-499970_1920

Reklamy

Smutny trener rozwoju osobistego. Czyli o co chodzi w tej całej aferze?! (PL only)

Miał pojawić się inny post, ale gdy przy porannej kawie, czytając Pudelka, między plotkami na temat romansu i implantów pewnej celebrytki, natknęłam się na tekst o jednym z najbardziej znanych trenerów rozwoju osobistego w Polsce, nie mogłam przepuścić okazji, żeby o tym fenomenie nie napisać.

Skoro zrobił to nawet PUDELEK… (!)

A więc zacznijmy od tego, że zawsze, gdy ktoś znajomy mówi mi, że najprawdopodobniej wybierze się do psychologa, powtarzam – „Uważaj do kogo idziesz. Znajdź DOBREGO psychologa. Poszukaj, popytaj, poczytaj zanim się wybierzesz.” Dlaczego? Dlatego, że jest to zawód obarczony dużą odpowiedzialnością za drugą osobę. Dlatego, że niewłaściwie zdiagnozowane zaburzenie może człowiekowi zniszczyć życie osobiste, a nawet zabić. Dlatego, że relacja pomiędzy psychologiem a klientem jest relacją nierówną (psycholog specjalista doradza i diagnozuje, klient siedzi i zadaje pytania, albo sam opowiada). Dlatego, że właściwie, jak w każdym zawodzie, zdarzają się ludzie, którzy prezentują sobą najniebezpieczniejszą mieszankę na świecie – połączenie dużej pewności siebie, przekonania o swojej wspaniałości z brakiem wglądu w siebie, brakiem profesjonalnego podejścia do klienta (lub tak najzwyczajniej w świecie z głupotą). Sprawdzajcie, pytajcie, dobrze się zorientujcie zanim oddacie się w ręce psychologa.

zwyc

Od kilku dni Internetem wstrząsają drgawki związane z wypowiedziami z 2006 i 2007 roku Pana Mateusza G. – jednego z najbardziej znanych trenerów rozwoju osobistego w Polsce, psychologa, prawnika, coacha. Drgawki powodowane są jego skandalicznymi wypowiedziami dotyczącymi depresji i jej genezy (że depresja nie istnieje, że ludzie z depresją tak naprawdę sobie ją wymyślają i mają zbyt wiele wolnego czasu). Że homoseksualistów można podzielić na dwie grupy: „geje” i „pedały” i że tak łatwo mu ich podrywać. Że taka szkoła uwodzenia to jednak genialny pomysł (z pewnością…:)). Generalnie taki tam bełkot studenta psychologii na forum internetowym sprzed 10 i 11 lat.

face

Wszystko by było dobrze, można by zaklepać takie wypowiedzi, zaszpachlować, zamalować, wypucować i wypolerować, tak że opinia publiczna przy odpowiednim PR-ze rzuciłaby w niepamięć ten jazgot. Wystarczyłoby przeprosić. Pan G. na swoim profilu na facebooku zaczął się tłumaczyć często i gęsto, przeprosił. Forum zostało usunięte. W porządku. W obronie można powiedzieć, że gdyby ktoś odkopał mojego bloga albo jakieś internetowe wypociny sprzed 10 lat (gimnazjum…:)), to ze wstydu mogłabym zapłonąć.

Problem polega na tym, że pan G. nie był wtedy dzieckiem. Nie był gimnazjalistą. Miał wtedy 26-27 lat. Kończył psychologię na SWPS. Był prawnikiem od 2-3 lat. Osobą publiczną. Nie będę cytować wypowiedzi pana G., możecie sobie je wygooglać albo znaleźć na facebookach wspomnianych na moim fanpage’u stron konfliktu, ale są to wypowiedzi, które nie przystoją psychologowi – czy też przyszłemu psychologowi – osobie, która pełni zawód zaufania publicznego.

trust

To co mnie osobiście wkurza, to przede wszystkim to, że sama pracuję jako trener, jestem psychologiem i również moje tytuły, tytuły moich znajomych, świetnych specjalistów, psychologów, których znam, są narażane w ten sposób. Czemu? Dlatego, że istnieją na rynku takie osoby, które są osobami publicznymi, które stają się rozpoznawalne, zostają obwołane twarzami polskiego coachingu i trenerstwa, które rzucają sobie ot tak różne, czasem nieprzemyślane, kontrowersyjne wypowiedzi, nie pamiętając o tym, jaki zawód pełnią i jaka odpowiedzialność się z nim wiąże. A psycholog, jak już wspomniałam, pracuje w zawodzie określanym mianem zaufania publicznego.

Jestem osobą młodą. Pracuję nad wyrobieniem swojej marki. Pracuję z tematem motywacji, komunikacji, stawiania celów, docelowo chcę zostać coachem i wspierać rozwój managerów, pracowników i osób prywatnych. Dwoję się i troję, wkładam całą swoją wiedzę, kompetencję, serce i ducha w rozwój ludzi. I niestety, jako odpowiedź na takie nowinki, otrzymuję często, zwłaszcza ostatnio, pytania o to, co się dzieje z tym całym coachingiem. O to, czy na szkoleniach leczę „polipy” siłą energii kosmicznej i automotywacją. O to, jak to się dzieje, że ten cały G., który ma taką renomę i jest psychologiem, pisze w tak skandaliczny, przeczący psychiatrii, sposób o depresji. O to, dlaczego nadal chcę zostać coachem widząc, co media piszą o tym zawodzie. I nie chodzi mi o to, że nie odpowiadam na te pytania. Rozumiem skąd biorą się wątpliwości moich rozmówców, dlatego też cierpliwie tłumaczę i odpowiadam na pytania.

Problem jest w trochę innym miejscu. Problem znajduje się w tym, że to właśnie ludzie tacy jak pan G., bazując na:

-niezaprzeczalnie ogromnym potencjale sprzedażowym,

-na swoich kontrowersyjnych wypowiedziach sprzed 10 lat (Panie, nie obchodzi mnie to, że to było dawno temu. Pan był wtedy w moim wieku, a z tego co kojarzę, to po egzaminie z etyki w zawodzie psychologa…)

-ogromnej charyzmie, przekonaniu o byciu specjalistą,

-dobrej energii grupy aktualnych zwolenników, często bezkrytycznie wierzących w takich specjalistów

idą w zaparte.

Pan G. w najnowszym wywiadzie twierdzi, że został ofiarą hejtu, dlatego że zazdrośni ludzie widzą, że jemu się wiedzie, dużo zarabia, tak więc ludzie zazdroszczą. Ot tak po prostu.

Chciałam na koniec, przerywając tę wypowiedź, życzyć niektórym pokory i nie zapominania o tym, jaka odpowiedzialność wiąże się z „zawodem zaufania publicznego”. Osobom zaś, które dbają o profesjonalizm swoich usług, szanują i dbają o swoich klientów, nie wciskają im kitu, życzę wszystkiego co najlepsze!

A co to jest ten cały coaching?

Na koniec obrazek czekolady na polepszenie nastroju.

chocolate-1711513_1920

Ściema. Historia najbardziej depresyjnego dnia roku. | There was a lie. A Blue Monday story

Raczej nieczęsto stosuje się algorytm lub równanie w celu określenia stanu psychicznego człowieka. Hmmm… właściwie to nie stosuje się w ogóle. Z wyjątkiem jednego, jedynego w swoim rodzaju, najbardziej depresyjnego dnia w roku, bijącego na głowę wszystkie piątki trzynastego, zwanego Blue Monday.

Skąd się wzięła nazwa Blue Monday?

Nie chodzi tu o kolor niebieski (od samego początku pisania chodzi mi po głowie piosenka „do łezki łezkaaaa, aż będę niebieskaaaa, w smuuutnyyym kolorze bluuueeee”, jak się od tego uwolnić?).

Blue, według słownika Cambridge, prócz określenia koloru niebieskiego, odnosi się do smutku. Jako przymiotnik,”blue” możemy stosować na przykład w stosunku do piosenki „blue song”, oczu „blue eyes” oraz innych przedmiotów, którym przypisujemy głęboki smutek. Tak więc Blue Monday to nic innego jak „Smutny (Depresyjny, Dołujący) Poniedziałek”.

despair-513529_1920

Kiedy przypada Blue Monday?

Dwanaście lat temu, na zlecenie agencji zajmującej się public relations, brytyjski psycholog Cliff Arnall wymyślił pseudo-matematyczny wzór, który miał na celu wyodrębnienie najbardziej depresyjnego dnia w roku. Okazało się, że dzień ten, według magicznej formuły autorstwa Arnalla, przypada na trzeci poniedziałek stycznia.

Elementami, które znajdują się w Blue Monday formula są między innymi: odległość od ostatnich Świąt Bożego Narodzenia, długi, kurcząca się ilość pieniędzy na naszych kontach, nieprzyjemna pogoda, problem z rozpoczęciem lub utrzymaniem postanowień noworocznych i niski poziom motywacji. Nie jest to także zbytnio zadziwiające, że dzień ten przypada w poniedziałek.

Cóż, jesienno-zimowe miesiące zdecydowanie nie sprzyjają motywacji i dobremu humorowi, jednak chciałam zwrócić uwagę na jedną rzecz, o której często się zapomina w kontekście Blue Monday, a która to rzuca zupełnie nowe światło na ten dzień. A mianowicie skąd się wziął i jaka jest jego geneza.

 

A więc Blue Monday…

…wziął się z reklamy. Biura podróży „Sky Travel”. Formuła miała na celu zachętę do ucieczki od walącej się nam na głowę rzeczywistości w piękne i ciepłe kraje. I określa, teoretycznie, najlepszy moment na rezerwację wyjazdu wakacyjnego. Puff! Czar prysł. Nie ma czegoś takiego jak Blue Monday, nie ma czegoś takiego jak najbardziej pechowy i depresyjny dzień w roku. To zwykła blaga, ściema, żart.

A co na to twórca?

Cóż. Żałuje stworzenia tej formuły. I uważa, że ludzie padli (nie oszukujmy się, miał w tym swój niemały wkład…) ofiarą samospełniającej się przepowiedni (wierzą, że tego dnia spotka ich coś złego i nieprzyjemnego, więc się na to nastawiają i oczekują takich wydarzeń. W związku ze szczególnym wyczuleniem na negatywne zjawiska, prowokują i wybiórczo dostrzegają te zjawiska, które są właśnie negatywne, co tylko podkreśla i potwierdza ich negatywne nastawienie  stosunku do tego dnia). Czyli daliśmy się nabrać. Arnall namawia do przygotowania się do nadchodzącej wiosny, poszukiwań własnego potencjału i budowania motywacji w tych szczególnie szarych dniach.

To kolejny przykład na to, jak jest nam łatwo uwierzyć w wielokrotnie powtarzaną bujdę. Życzę Wam, żebyście odczarowali ten dzień i uczynili go dniem motywacji i rozwoju!

**********

In psychology we don’t use much maths to assess the psychological state of a person. Actually we don’t do that at all. Except for one day in a year – the most depressing day, a day that wins over all the Fridays the 13th – (dramatic pause) – the Blue Monday.

The first paragraph of this post in Polish refers to the name of this day (that  ‘blue’ does not mean it’s literally, umm… blue (in a color’ish way), but rather that it refers to sadness and depression). Let’s just skip it.

How to calculate the exact date of Blue Monday?

Twelve years ago, a British psychologist, Cliff Arnall, who had been working for a PR agency, came up with a pseudo-mathematical formula aimed at calculation of the most depressive and blue day of the year. And, according to Arnall, it falls on the third Monday of January.

The elements taken into account when estimating a Blue Monday are: time elapsed since Christmas, weather, debts, motivation levels, the feeling of failing the new year’s resolutions. It’s not a huge surprise that it was chosen on Monday.

Well, the weather in autumn and in winter does not support our general well-being. I would like to attract your attention to one fact that people tend to forget about when talking about Blue Monday. And that is – the reason for coming up with this freaking formula.

despair-513529_1920

So…

…it was invented in coopration with travel agency ‘Sky Travel’. The purpose of the formula was to estimate the best day in which people, overwhelmed with their everyday reality, would be most willing to make a decision on their next holiday trip and book it. As an escape from frustration and helplessness. There is not a thing like the saddest/blue/the most depressing day of a year. There is no Blue Monday! It’s a lie, a wind-up that we fell for.

And what does the father of Blue Monday think of it after some time?

Well, actually, he kind of regrets it. He suggests that people fell in a trap of self-fulfilling prophecy (people believe that something bad or unpleasant would happen on that particular day and they anticipate negative events. Then, finally, when something bad happens, we exaggerate its’ impact and influence on our mood and/or day and we treat it as a confirmation of the negative energy/power of that day). Arnall suggests to turn the direction of our emotional anticipation towards that day and suggests that it would be better to anticipate great things, start preparing for the approaching spring and build motivation in those gray days.

It’s a great example of how easy we fall for the repeated and common lies. I hope you’ve had a nice (Blue) Monday!

 

Czy istnieje życie poza korpo?

Jak trafiłam do korporacji? Z perspektywy millenialsa.

Należę do grona osób, które cenią sobie w życiu stabilność, ciężką pracę i cierpliwe dążenie do swoich celów. Jeszcze na studiach, po zebraniu doświadczeń na różnego rodzaju stażach, praktykach, w kołach naukowych, organizacji różnych konferencji, pracy kelnerskiej, w kwiaciarni, za granicą, w Polsce, moja droga zaprowadziła mnie do drzwi jednej zagranicznej firmy w Krakowie. I wtedy przeżyłam istny szok. Kulturowy. A konkretniej, związany z kulturą organizacyjną. Spotkałam się z szacunkiem (w tym finansowym) wobec pracownika, docenieniem umiejętności i długo wypracowywanych kompetencji (14 lat nauki języków) i elastycznością ze strony ówczesnej przełożonej. Wynagrodzenie bardzo dobre, bardzo dużo się tam uczyłam, poznawałam sposób działania HR-ów, dobry socjal, multisport i dodatki na Święta. Bajka. Po dość długim czasie poszukiwania, trafiając do działu związanego z obsługą klienta, myśląc „no, może to nie do końca to, co chciałam robić, ale istnieją trenerskie ścieżki rozwoju. Fajnie!”, postanowiłam tam zostać.

woodland-656969_1920

Jak wyszłam z korporacji?

Stabilna praca, przewidywalna, trochę stresująca (jak to praca w interakcji bezpośredniej z klientem), ale stabilna. Po dwóch i prawie pół roku pracy stwierdziłam, że czas na zmianę. Bo studia się skończyły, nie posiadałam zbyt wielu możliwości stosowania i rozwijania w praktyce umiejętności i wiedzy nabytej na studiach. I zaczęłam zapominać. Dodatkowo, chciałam spróbować swoich sił gdzieś indziej i zobaczyć, czy się uda. To była decyzja poprzedzona wieloma rozmowami, licznymi pytaniami, planami i analizą tego, co dalej.

Dlaczego ludzie rzucają pracę w korporacji?

Zmęczenie materiału, wypalenie zawodowe, niskie poczucie wpływu na wykonywaną pracę,
Chęć odczucia „czegoś innego”,
Zmęczenie fizyczne i objawy zdrowotne związane ze stresem,
Poczucie braku sensu i celu wykonywanej pracy,
Chęć dalszego rozwoju,
Potrzeba zmiany,
Chęć założenia własnej działalności i pracy na własny rachunek,
Poczucie braku możliwości rozwoju, sukcesów,
Długotrwała frustracja.

Czy istnieje życie poza korpo?

Tak, istnieje życie poza korpo. Gdy jest się „na wylocie”, odchodząc z firmy, na zasadzie kontrastu wobec tego jak się czujesz pod wpływem aktualnie wykonywanej pracy, świat „zewnętrzny” jawi się jako świat sensownej pracy, innowacyjności, rozwoju, kreatywności, startupów, wielu możliwości. Jak kopalnia diamentów. I tak jest, tylko istnieją trzy ALE. Trzeba mieć plan, dużo samozaparcia i zabezpieczenie finansowe.

I twardy tyłek.

Dla mnie to było jak wyjście z inkubatora. Prosto na głośną ulicę. Piątą Aleję w Nowym Jorku. Okazało się, że procedury nie są przestrzegane zawsze i wszędzie, na decyzję z urzędu czeka się aż pani ABC. skończy urlop, przelewy nie zawsze przychodzą regularnie.

Co mnie cieszy? Elastyczność, poznawanie nowych ludzi, możliwości rozwoju osobistego, przeróżne sytuacje, w których rozwijam swoje kompetencje jako trener i człowiek. Czy żałuję? Nie. Traktuję to jako wyzwania, cieszę się z absurdów, dużo się uczę, rozwijam, robię kursy, poznaję ludzi. Co jest dla mnie największym wyzwaniem? Brak przewidywalności i ciągła zmiana. Ale to taka specyfika branży i nie ma co z tym walczyć, lepiej i łatwiej zaakceptować. Czy wróciłabym do korporacji? To zależy, jeśli do działu związanego stricte ze szkoleniami i coachingiem – tak. Nie ma co demonizować korpo. Korpo nie jest wcale taka zła. Trzeba tylko znaleźć swoją działkę.

A Wy? Jakie macie doświadczenia?

internet-search-engine-1519471_1920

Czy żałujesz, że poszłaś na psychologię? 6-10.

Zapraszam Was na część pierwszą, w której pięciu psychologów odpowiedziało na pytanie o to, czy żałują wyboru studiów psychologicznych.
Jako że większość psychologów mówi dużo (taka natura :)), a chciałabym, żebyście przeszli przez każdą z wypowiedzi, podjęłam decyzję o podzieleniu notki na pół.

Dzisiaj na celowniku Magda, Katarzyna, Natalia, Maria i Gosia. Obraz psychologii, z wypowiedzi dziewczyn, jawi się jako coś wartościowego, ale nie jako jednoznacznie pozytywny, pyszny pączek polany lukrem sukcesów. Bardziej jako coś, co kosztuje dużo wysiłku, ale koniec końców przynosi owoce. Zachęcam Was do zapoznania się z doświadczeniami dziewczyn. Dzięki dziewczyny!

***
MAGDA (zapraszam Was na fanpage Magdy – KOLAŻ CODZIENNY, totalny odlot :))

„Czy żałuję, że poszłam na psychologię? Mimo wszystko – nie. Używam sformułowania „mimo wszystko” ponieważ jeśli ktoś uważa psychologię za kierunek super-elitarny, który otwiera na oścież drzwi do błyskotliwej kariery, to niestety jest w błędzie. Jednak psychologia otworzyła, przynajmniej w moim przypadku, coś innego, mianowicie umysł na drugiego człowieka. I z tego powodu jestem chyba najbardziej zadowolona, w końcu chcąc nie chcąc obcujemy z ludźmi każdego dnia swojego życia. Nauczyła mnie patrzeć na świat z wielu różnych perspektyw, rozumieć emocje, słuchać co ludzie mają do powiedzenia. Nie żałuję tych pięciu lat choć nie ukrywam, że były momenty, kiedy chciałam pieprznąć wszystkim w cholerę. Plus wiadomo, wraz z tytułem magistra psychologii zyskujesz w społeczeństwie status osoby czytającej w myślach, więc możesz zabłysnąć anegdotką na nie jednej imprezie. Serdecznie polecam, Magda Kania.”

A to mój ulubiony kolaż – Chwila moment autorstwa Magdy:

chwilamoment

 

***

KATARZYNA – przez kilka lat na studiach szefowała mi i koordynowała działania Koła Naukowego

„Gdy ponad sześć lat temu wybierałam studia, psychologia nie była moim pierwszym wyborem. Studia te pojawiły się trochę przypadkiem, jako jedna z możliwych ścieżek („przecież chcę pracować z ludźmi, tak mi się wydaje”), a w efekcie tego, że nie dostałam się w pierwszym naborze na moje wymarzone, zdecydowałam, że – dlaczego nie? Psychologia jako nauka była dla mnie fascynująca, a człowiek – i całe spektrum jego funkcjonowania – stanowił ciągły temat przemyśleń. Zdecydowałam się więc na psychologię trochę z przypadku, od momentu podjęcia decyzji będącego coraz mniej przypadkiem, a coraz bardziej planem. Jak to jednak zwykle w życiu bywa, pomimo początkowej fascynacji stricte psychologiczną pracą, z każdym rokiem wracałam w stronę tego, co było we mnie na początku: przekonania, że „standardowa” praca jest nie dla mnie. Ku własnemu zdziwieniu dzięki psychologii znalazłam narzędzia, poznałam odpowiednich ludzi i nauczyłam się z nimi pracować. Teraz mogę realizować większość moich pomysłów, dzięki skończonym studiom rozumiejąc nieco więcej, potrafiąc pracować nieco lepiej i przede wszystkim mając ogromną świadomość tego, jak ogromny wpływ sami mamy na nasze życie, a to, co często wydaje nam się nie do przeskoczenia, tak naprawdę jest tylko drobną przeszkodą. I choć nie nazywam się nawet w swoich myślach psychologiem, to nigdy nie żałowałam tego, że właśnie te studia skończyłam i gdybym miała raz jeszcze cofnąć się do momentu wyboru, nie podjęłabym innej decyzji.”

***

NATALIA  Wiecznie w drodze, na zmianę z wielką żółtą walizką albo małym plecakiem. Z wykształcenia psycholog, z zawodu podróżująca pasjonatka ludzi, związana z incentive travel. Etatowo spełnia marzenia. (Autorka bloga http://www.zapiskizeswiata.pl, na którym opisuje przede wszystkim pełne humoru przygody ze swoich podróży i kulisy swojej pracy. ) Góralka z krwi i kości, choć w poprzednim wcieleniu z pewnością płynęła w jej żyłach latynoska krew.

 

„Jestem typem człowieka, który niczego w życiu nie żałuje, bo wszystko wnosi do niego nowe doświadczenia. Tak samo było ze studiami. Choć od dziecka planowałam zostać prawnikiem, ostatniego dnia rekrutacji coś mnie tknęło i złożyłam papiery na psychologię stosowaną. Niezbyt przekonana, za to z założeniem: „jak mi się nie spodoba, to za rok zmienię studia, co za problem”. Ale spodobało mi się! Studia dały mi większe możliwości, niż śmiałam przypuszczać. Fakt, że zajęcia nie zawsze były obowiązkowe, pozwalał wybierać mi to, co naprawdę mnie interesowało. Dzięki temu miałam tez sporo czasu, żeby już od pierwszego roku zdobywać różnorakie doświadczenie zawodowe. Działałam w radiu akademickim, pracowałam w dyplomacji, otworzył się przede mną świat, w którym najważniejsza była relacja z drugim człowiekiem. Tego nauczyły mnie tez studia: ogromnej otwartości, zrozumienia i empatii. No i w końcu psychologia wysłała mnie na Erasmusa, który rozpoczął totalnie nowy rozdział mojego życia, ale to już zupełnie inna historia…”

***

MARIA GÓRA – – psycholog, trener, terapeuta w Fundacji Nieustraszone, pomagającej nastolatkom odkrywać swoje pasje i zwiększać samoocenę. http://www.nieustraszone.eu
Nauczyciel akademicki w Wyższej Szkole Informatyki i Zarządzania.

„Myślę, że decyzja o wyborze kierunku studiów była jedną z lepszych w moim życiu! Realizacja marzenia o studiowaniu psychologii była świadomie zaplanowana i przemyślana pomimo głosów, że po jej ukończeniu nie ma zatrudnienia. Jako absolwentka mam poczucie ze na rynku pracy jest wiele możliwości dla psychologów, najważniejsze to odkryć swoje powołanie i zobaczyć w jaki sposób z tej wiedzy akademickiej korzystać. Dla mnie ukończenie studiów było otwarciem furtki do ciekawej i pełnej wyzwań pracy, w której każdy dzień jest niespodzianką, bo przecież każdy człowiek to nowa historia i niepowtarzalne spojrzenie na świat!”

***

GOSIA – dobry człowiek, można na niej polegać.

„Wybór studiów po maturze był dla mnie prosty- od dawna wiedziałam, że psychologia to kierunek, który pozwoli mi na rozwinięcie moich zainteresowań. Było to również oczywiste dla ludzi w moim otoczeniu. Pojawiały się, co prawda, nieśmiałe sugestie, żebym rozważyła studia o bardziej ścisłym kierunku, ale twardo stałam przy swoim. To nie tak, że żałuję. Psychologia spełniła moje oczekiwania. Pozwoliła usystematyzować i pogłębić wiedzę w tych obszarach, które mnie pasjonowały.

To studia, które uczą Cię wiele nie tylko o innych, ale też i o sobie. To nie przypadek, że wielu studentów psychologii ma za sobą wyjątkowe, często bardzo trudne doświadczenia. Być może w ich przypadku jedną z motywacji, które stoją za wyborem studiów było to, by lepiej zrozumieć siebie i to, co dzieje lub działo się wokół, jakoś to okiełznać. Niemniej jednak, psychologia to wyjątkowy kierunek, który, jeśli tylko mu pozwolisz, uwrażliwi Cię bardzo na drugiego człowieka i Twoje otoczenie, pozwoli Ci uzyskać wgląd w powody zachowania Twojego, jak i innych. Dużo się tam nauczyłam.

Są jednak i rozczarowania.

Gdy szłam na studia, przepełniona ideologią pomagania innym i zrozumienia świata, nie brałam pod uwagę tego, jak, o dziwo, nisko ceni się umiejętności psychologa. Nasza współczesność dąży do systematyzacji, szufladkowania wiedzy, opisywania wszystkiego w bardzo określonych kategoriach. Człowiek się temu wymyka- co z jednej strony we mnie nieodmiennie budzi nadzieję, bo chcę wierzyć, że ludzie są wyjątkowi. I różni. Ale nie można zaprzeczyć, że jako psycholodzy dysponujemy wachlarzem umiejętności tzw. miękkich, które są bardzo niedoceniane na rynku pracy. Nie mówię, że to dotyczy wszystkich miejsc pracy, ale jest to częste. Nie znam też psychologa, który choć raz nie usłyszał, że jego umiejętności są niewiele warte. Ja się z tym nie zgadzam. Prawda jest jednak taka, że psychologa, który chce pracować w zawodzie, czeka zazwyczaj bardzo żmudny początek kariery zawodowej- ofert jest niewiele, a płace często nie pozwalają na godne przeżycie bez pomocy np. rodziców. To bardzo przykre.

Niemniej jednak mam nadzieję, że uda mi się pracować w zawodzie. Czasem budzą się we mnie wątpliwości, czy dobre wybrałam. W końcu moje zainteresowania obejmują nie tylko psychologię. Do dziś chodzi mi po głowie, czy nie powinnam wybrać branży IT, na ten przykład, bo im starsza jestem, tym mocniej właśnie w tym kierunku idą moje zainteresowania. Moje serce stoi też mocno za muzyką (którą dawno temu uznałam za zbyt niepewny zawód). Nie wiem, co przyniesie przyszłość i czy uda się robić to, o czym marzyłam kilka lat temu. Bardzo trzymam za siebie kciuki.

Być może połączę psychologię z innymi zainteresowaniami- ostatnio rodzą się u mnie pomysły, które na to pozwolą. Psychologia to trudny kierunek, jeśli naprawdę chcesz z niej coś wynieść. Nie daje też raczej możliwości łatwego startu na rynku pracy. Ale, jakkolwiek górnolotnie nie zabrzmię, te studia Cię zmieniają. Ściągają klapki z oczu w naprawdę wielu kwestiach. Dla mnie to było bardzo rozwijające. To zmiana na lepsze. I tego nigdy nie będę żałować.”

bloom-1838904_1280

Czy żałujesz, że poszedłeś na psychologię? 1-5

Wpadłam na rewelacyjny pomysł. Jeśli kiedykolwiek zastanawiałaś lub zastanawiałeś się nad rozpoczęciem studiów psychologicznych, kursów zakrawających o psychologię, prawdopodobnie zaczynałeś poszukiwania od tego, co ludzie myślą o psychologii, czy po psychologii można znaleźć pracę i czy w ogóle ten pomysł ma jakikolwiek, najmniejszy choćby sens.

banner-1090830_1920

 

Tak więc, żeby Wam ułatwić sprawę, pogadałam z dziewięcioma psychologami i zadałam im pytanie: „Czy żałujesz pójścia na psychologię? Odpowiedz w trzech, maksymalnie czterech zdaniach”

I tak to właśnie, cholera, jest z psychologami… początkowo miało wyjść tak 3-4 zdania od osoby. Wyszło więcej, ale zachęcam Was do wgryzienia się w temat i w podejście każdej osoby.

Dziesięć historii, dziesięć podejść do tematu (razem z moim).

Zachęcam do zabrania się za kawę i przyjrzenia pierwszym pięciu.

No i psychologowie popłynęli ;).

***

IGA z bloga bedkowska.es , na który serdecznie Was zapraszam! PS: Iga była chyba jedyną osobą, która serio potraktowała moją prośbę o trzy do czterech zdań!

„Nie żałuję, że wybrałam ten kierunek. Daje on wiedzę, którą można wykorzystać w bardzo wielu obszarach, pozwala lepiej zrozumieć siebie i innych. Dostarcza po drodze wielu ‚efektów wow’ i moim zdaniem – niesamowicie poszerza horyzonty.”

 

***

MACIEK – Maciej Pasowicz life & business coach, psycholog, student studiów doktoranckich na UJ.

Zapraszam Was na jego świeżutką stronę internetową: pasowicz.pl

„Nie żałuję, że poszedłem na psychologię, chociaż przyznam, że na pierwszym i drugim roku nurtowały mnie różne wątpliwości. Dzisiaj, z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że bardzo się cieszę, że wybrałem właśnie ten kierunek i że się na niego dostałem. Psychologia jest wyjątkowo ciekawą dziedziną. Jest taką interdyscyplinarną dziedziną z pogranicza – oficjalnie należy do nauk społecznych, ale jest w niej także dużo elementów humanistycznych i bardziej ścisłych, przyrodniczych. Dzięki temu każdy znajdzie obszar, który najbardziej go ciekawi. To jest naprawdę fascynujące w człowieku – że przenikają się w nim różne obszary i poziomy: od biologicznego, przez poziom umysłu po kontekst społeczno-kulturowy. Im dłużej człowiek to wszystko poznaje i bada, tym jest ciekawiej, nie odwrotnie! Długo nie wiedziałem, czym dokładnie chciałbym się zająć, ale to zmieniło się po trzecim roku studiów, gdy na stażu w firmie z obszaru zarządzania zasobami ludzkimi spotkałem się z coachingiem. Ze zdumieniem i radością stwierdziłem, że to jest to, czego szukałem. Coach skupia się na tym, aby wzmacniać w ludziach to, co w nich dobre i piękne. Z jednej strony jest w coachingu taki „element filozoficzny” – dobrymi pytaniami skłaniasz swojego klienta do głębokiej refleksji – a równocześnie ma sporo ze sztuki, z improwizacji. Będąc coachem masz gwarancję, że każda sesja będzie inna i że nie będzie okazji do nudy. Po psychologii można zajmować się bardzo różnymi rzeczami, także takimi, które nie są bezpośrednio związane z tą dziedziną, na przykład można być świetnym menedżerem czy specjalistą ds. Public Relations. Warto już w czasie studiów próbować różnych rzeczy i zadawać sobie pytanie: „Czy to jest właśnie to?”.

 

 

***

ASIA, czyli JJ. Razem studiowałyśmy, Asia jest pasjonatką psychologii sportu, superbohaterów i szeroko pojętego filmu. Znajdziecie ją tu:  http://herosmind.pl/ i tu: http://jjkotek.pl

„Nie, zdecydowanie nie żałuję! Chociaż pamiętam powody, dla których to zrobiłam, i chce mi się śmiać; dość powiedzieć, że nie zawsze jest różowo. Ale robię to, o czym marzyłam, czyli pracuję ze sportowcami. W trakcie studiów odkryłam też inne fascynujące obszary psychologii i dowiedziałam się dużo o sobie i o ludziach w ogóle. Warto było na nie iść choćby dlatego. No i dla umiejętności „diagnozowania” superbohaterów! A tego, co jest sednem tej pracy, czyli spotkania z ludźmi i uczenia ich o nich samych, nie zamieniłabym na nic innego!”

 

 

***

A.25, psycholog (a prócz tego spec od marketingu i social media ninja – to już mój dodatek, M.)

„Nie, absolutnie tego nie żałuję. Co więcej, uważam to za jedną z najlepszych decyzji w moim życiu, chociaż podjętą zupełnie spontanicznie. Widać czasem warto kierować się intuicją . To niesamowicie rozwijające studia, bardzo poszerzają horyzonty i otwierają na świat. Miały znaczący wpływ na sposób w jaki postrzegam otaczającą rzeczywistość (mam na myśli nie tylko postawy, ale również na jakie jej elementy zwracam uwagę i jak je interpretuję). Jednak nie są to studia dla każdego, niekiedy potrafią być bardzo wymagające oraz obciążające psychicznie. Jakby na to nie patrzeć, psychologia jest nauką o każdej ze stron człowieka, tej pięknej, ale też tej okrutnej, zagubionej.”

 

***

AGNIESZKA, psycholog, pracuje w branży szkoleniowej

„Czy żałuję? Nie. Nawet gdybym żałowała, to bym to wyparła 🙂 Właśnie działają mechanizmy obronne, które zniekształcają rzeczywistość między innymi po to, żeby chronić nasze poczucie własnej wartości. Oszukujemy sami siebie, bo czujemy się bezpiecznie myśląc o swoich działaniach jako celowych i spójnych. 

Cieszę się, że wybrałam psychologię, ponieważ jest to dziedzina wiedzy dająca się zastosować niemal wszędzie. Jakkolwiek rozwinie się moja kariera, jestem pewna, że kompetencje psychologiczne będą mi zawsze potrzebne. Lubię to poczucie wolności. Uważam też, że studiowanie psychologii rozwinęło moją osobowość w dobrym kierunku. Czuję się bardziej spójna i niezależna jako jednostka, umiem radzić sobie z trudnymi emocjami, wiem kiedy nadchodzi moment aby poprosić kogoś bliskiego o pomoc. Ale zaraz, zaraz… Czy to wpływ psychologii? Czy dojrzewania? Jak to zwykle w psychologii bywa: wiele czynników ma znaczenie.” 

***

 

Ciąg dalszy w piątek!

 

To be continued/To be translated!

 

Czy jesteś gotowy na Święta?

Zaczynamy miesiąc, w którym formuła notek będzie troszkę inna niż zwykle. Grudzień jest miesiącem podsumowań, przejścia ze starego do nowego roku i przygotowania się psychicznego do stawiania celów na następny rok. Tak więc za cel wzięłam sobie przede wszystkim refleksję (już Wam mówiłam, że czuję się absolutnie nieprzygotowana do Świąt). W związku z tym postanowiłam ożywić bloga i zaangażować Was. Moje pytanie brzmiało: „Czy czujesz się gotowa/y na Święta?”

„Zdecydowanie jeszcze nie – w sumie to jestem zaskoczona, że tak mało czasu zostało! Właśnie jestem w trakcie wybierania prezentów i mam pustkę w głowie. Oby mi się szybko zapełniła pomysłami, zanim kolejki w sklepach osiągną pierwszy kilometr .”  A. 25

Z kolei Młoda żona pisze:

„Czuje sie przygotowana na Swieta, gdyz:

1. Ich nie organizuję (jade do rodzicow i tesciow) na Wigilię a w pozostale dni tez odjeżdżam rodzinę xD
2. Mam upiec 2serniki, 2mazurki,2 pierniki -wiec pewnie je poprostu zamówię.
3. Mam odlozone pieniadze na święta i prezenty dla rodziny.
4. Nie mam problemu w co sie ubiore, bo mam cala szafe ubran.
5. Zakupy rodzicom zrobie na 2dni przed, z kolei babcia chomikuje juz wszystko od listopda…
6. Mam male mieszkanie, wiec sprzatne je jak zawsze -mycie okien w grudniu uważam za niepotrzebne mam nadzieje, ze nikogo nie uraze tym zwrotem
7. Nie mam pieska wiec nie mam problemu z kim go zostawię, a moja „mala trzoda gryzoni”nie potrzebuje wiekszej uwagi.8. Juz slucham świątecznych piosenek.
9. Mam mala choinke wiec nie martwie sie o jej ubieranie. Maly stroik na stół wystarczy w ostateczności.”

A co na to Karina?

Święta w tym roku, podobnie zresztą jak w latach poprzednich, kojarzą mi się połączeniem domowego i rodzinnego stresu związanego z porządkami domowymi. Jakby czas świąteczny wytyczał rytm tego, kiedy mam umyć okna 😉
Dlatego święta staną się dla mnie ponownie czasem negocjacji i podejmowanych prób perswazji, żeby zignorować poczucie obowiązku porządku, a po prostu odpocząć 🙂 W świętach uwielbiam świąteczne śniadania, puste ulice miasta i… choinkę! Kiedyś jej wersja mini potrafiła stać u mnie w pokoju do czerwca 😉 W tym roku moje odczucia względem świąt pewnie będą podobne. Miła odmiana byłoby, gdyby też w końcu zaczęły kojarzyć się ze śniegiem 😉

Anka dodaje:

„Pewnie Cię rozczaruję, ale nie powiem raczej nic pozytywnego. To był beznadziejny rok, więc mam nadzieję, że święta miną szybko i bezboleśnie. Bez kłótni, na spokojnie i będę mogła sobie wreszcie odpocząć. A potem gruba krecha i zaczynamy nowy rok.”

 

grinch-1038238_1280

A Ty?

Myślę, że przede wszystkim najistotniejszą kwestią, która się tutaj nie pojawiła, to przede wszystkim to, CO rozumiemy przez bycie gotowym na Święta. Dla osoby wierzącej (katolika) bycie gotowym na Święta może oznaczać coś zupełnie innego niż dla, na przykład agnostyka lub ateisty. Bo Święta to duże przedsięwzięcie, które pochłania znacząco nasze zasoby. Od sprzątania (i mycia okien w grudniu…:)) poprzez przygotowania duchowe, poprzez zakupy (czarny piątek, czarny weekend, cyber poniedziałek, magiczny wtorek, szalona środa… :)), poprzez szaloną gonitwę w pracy (trzeba dopiąć budżet! Trzeba dokończyć projekty! Dedlajny gonią! Jest wpół do fakapu).

I, kiedy dochodzi już do momentu, w którym gromadzimy się przy stole, BUM. To całe napięcie związane z przygotowaniami, zakupami, myślą „żeby tylko skończyć, żeby tylko zdążyć!” się rozluzowuje. Zachęcam do odświeżenia sobie posta o komunikacji przy stole.

Jest lekarstwo na przedświąteczne szaleństwo. Tym lekarstwem jest refleksja i zastanowienie się „Po co to wszystko?”, ewentualnie „Dla kogo to wszystko?” i zwrot z formy do treści, do bliskich. Dodatkowo, planowanie. (Jedna przydatna metoda znajduje się TU). Na tyle, na ile jesteśmy w stanie zrobić coś wcześniej, róbmy to, żeby ten okres przed Świętami był jak najmniej stresujący i intensywny.

Absolutnie nie twierdzę, że Święta nie powinny zawierać w sobie tego elementu szaleństwa zakupowego (no bo przecież kupujemy prezenty DLA BLISKICH), jednak zarówno wcześniejsze planowanie jak i refleksja pozwolą nam się skupić na ludziach i na tym PO CO TO WSZYSTKO.

Nie daj się zwariować!

yew-1631543_1920

Wszystkie zdjęcia pochodzą z pixabay